Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Tadeusz Krzyżewski, MOJA LWOWSKA ULICZKA

MIEJSCE I LUDZIE
Nosiła nazwę – Żyrzyńska. Miała przypominać zwycięstwo powstańców z 1863 r. (8 sierpnia) nad Rosjanami pod wsią Żyrzyn w województwie lubelskim. Pamiętne szczególnie, bo udało się wówczas, jedyny raz w dziejach powstania, zagarnąć zasobną w ruble carskie kasę wojskową, co umożliwiło prowadzenie dalszych walk w tym rejonie. Uliczka wtedy niewielka – tylko cztery domy w ramach numeracji 1–9, równoległa do ulicy Snopkowskiej – stanowiła zaplecze Szkoły Technicznej, wybudowanej z końcem XIX wieku.
Pod numerem 9 wyrosła w 1925 r. nasza narożna willa rodzinna, zbudowana na miarę środków finansowych mego ojca, właściciela renomowanego sklepu kwiaciarskiego „Wiosna”, w kamienicy Sprechera, dla Lwowa reprezentacyjnej – przy placu Mariackim, na rogu ul. Rutowskiego. Siedziba rodzinna była skromna, ale z widokiem na park Żelazna Woda, na otwarty tamże basen kąpielowy oraz stojący przy wylocie sąsiedniej ulicy Zaścianek, dworek kolumnowy bohatera mej wczesnej młodości – profesora Benedykta Dybowskiego.
Kilka lat przed II wojną światową przedłużono i rozbudowano drugi odcinek ul. Żyrzyńskiej poprzez sąsiednie tereny dawnych cegielni – tzw. Stillerówki – w kierunku śródmieścia Lwowa, do poprzecznej ulicy Zakładników, przy czym urosła ona do 41 numerów. Po wojnie okupanci sowieccy nadali jej nazwę Gonczarowa, rosyjskiego pisarza.
Pierwotny, romantyczny odcinek uliczki za Szkołą Techniczną trwa do dzisiaj, zakonserwowany w lodówce naszych wspomnień, razem z atrakcyjnym miejscem spotkań, jakim była dla mieszkańców okolicy Szkoły Technicznej piekarnia Stefanii Krzewskiej pod numerem piątym.
Dworek Benedykta DybowskiegoW kolejności historycznej – do r. 1930, zaułek rodzinny przeżył najpierw swą fazę bohaterską, jaką nadała mu obecność prof. Dybowskiego, kierownika katedry zoologii i paleontologii Uniwersytetu Jana Kazimierza (od 1883 r.). Przez niemal pół wieku towarzyszył Dybowski mieszkańcom miasta w doli i niedoli. Był ostatnim wówczas żyjącym członkiem Rządu Narodowego powstania 1863 roku. Sybirak, sędziwy uczony, badacz przyrody Bajkału, Mandżurii i Kamczatki, twórca muzeów przyrodniczych kilku miast, darwinista i uparty wolnomyśliciel, fanatyczny wróg alkoholu, z którym walczył w ramach własnego stowarzyszenia „Eleuteria”. Upodobał sobie szczególnie utopijną teorię moralnej ewolucji ludzkości po zniesieniu wszelkich religii, był w 1930 r. w wieku 97 lat, odmówiono mu kościelnego pogrzebu, którego organizacji podjęło się zastępczo Wojsko Polskie. Trumnę zasłużonego patrioty wieziono na lawecie armatniej, poprzez udekorowane flagami miasto, na Łyczaków. Pochód, w którym i ja uczestniczyłem, prowadził prosty żołnierz, dźwigający wzniesiony wysoko krzyż. Nad grobem wystąpił w imieniu uczonych jeden tylko mówca – prof. Julian Tokarski. Taki był żywot niezłomny i pogrzeb niepokorny ostatniego spośród we Lwowie osiadłych i tam zmarłych weteranów powstania styczniowego. Na jego cześć przemianowano tuż przed wojną ulicę Zaścianek na Benedykta Dybowskiego.
Niepokorny od czasów austriackich był cały ten zaścianek. Z dworkiem prof. Dybowskiego sąsiadowała piętrowa willa rodziny Bałabanów, znanej z działalności niepodległościowej. Wiekowy nauczyciel historii Józef Bałaban jeszcze w 1922 r. wydał czwarte, ostatnie wydanie potężnego, bo liczącego 700 stron podręcznika Dzieje Polski, w którym zdołał uwiecznić obronę Lwowa z 1918 r., jak i triumf oręża polskiego nad bolszewikami w 1920 r. Zachowałem ten pamiętny podręcznik z żarliwą dedykacją sąsiedzką autora w domowej bibliotece. Wraz ze mną uległ wysiedleniu ze Lwowa i schronił się na wygnaniu w krakowskiej Nowej Hucie.
Zasobne wille kupców lwowskich – Mieczysława Zaleskiego, Górskiego oraz Turskich, schowane w zielonym zaścianku, gościły niejednokrotnie członków Związku Strzeleckiego, organizowanego we Lwowie przez Piłsudskiego, a potem AK i uciekinierów żydowskich spod zachodniej okupacji hitlerowskiej (1939–41). Kolega z zaprzyjaźnionej z nami rodziny Turskich – Stanisław – zginął jako lotnik w obronie Londynu w 1940 r., a syn Zaleskich, tego samego imienia, wyrósł po wojnie na rektora Akademii Weterynaryjnej w Szczecinie, potem we Wrocławiu.
W zaścianku mieszkał niepozorny a zasłużony prof. UJK Mścisław Wartenberg (1868–1938), znawca filozofii Kanta, domniemany następca lwowskiej znakomitości, profesora filozofii Kazimierza Twardowskiego. Niestety obaj zmarli niemal równocześnie, rok przed wybuchem wojny.
Profesora Wartenberga spotykałem na drodze do przystanku tramwajowego, przy rondzie przed Szkołą Techniczną. Jeździliśmy wspólnie, zgodnie i demokratycznie do pracy – on, prof. uniwersytetu, ja – „obiecujący” student Akademii Handlu Zagranicznego przy ul. Bourlarda. Widząc go z daleka, wołałem ostentacyjnie (chciałem przecież, żeby zwrócił na mnie uwagę): Nisko się kłaniam Panu Profesorowi!, a zapatrzony w siebie filozof dopiero wówczas „ocykał się” i wołał z emfazą: Ach... i ja także, ja też... Cóż, wiadomo – sąsiedzi!
Z okna na poddaszu pozdrawiałem równie głośno w niedzielne południa wesolutkiego jak szczygieł inż. Witolda Koreckiego, kierownika technicznego z Polskiego Radia (i Lwowskiej Fali), gdy dążył
w podskokach na obiad u swej narzeczonej, pianistki Zofii Lisieckiej, zamieszkałej w sąsiedniej kamienicy. Korzystałem z jego przyjacielskiej pomocy w latach 1937–39, gdy jako kierownik Biura Propagandy i Turystyki m. Lwowa organizowałem spotkania zapoznawcze przed mikrofonami Radia przy ul. Batorego, oraz wypowiedzi zagranicznych prominentów, zwiedzających Lwów i jego zabytki, a szczególnie Cmentarz Orląt. Inż Korecki zmarł w Krakowie w 1971 r. Miał 66 lat.

W SAMO POŁUDNIE – 23 WRZEŚNIA
Nie minęło jeszcze 9 lat od śmierci B. Dybowskiego, gdy do Lwowa wtargnąl niespodzianie ten sam wróg, z którym walczył w 1863 r. Ten sam, bo ze „sztykami” na karabinach pilnowały ówczesne sołdaty wywózki polaczków na taki sam Sybir. Nie ten sam wróg, bo czerwony, ale w brudnych, zakurzonych drelichach, z przerażeniem w oczach i z karabinem uwieszonym na sznurku. Tak się prezentował pierwszy patrol sowiecki, który zza wzgórz, otaczających dworek profesorski, wkraczał do naszego zaścianka. Po co przyszli – psiakrew! Może chcą odebrać swoje parszywe ruble, zabrane im przez naszych powstańców pod Żyrzynem? Ale dlaczego we Lwowie, który od 150 galicyjskich lat nie stykał się z rosyjską przemocą, a swoje jedyne spotkanie z zarazą sowiecką u bram Lwowa – pod Zadwórzem w lipcu 1920 – przypłacił zwycięską śmiercią 400 ochotników lwowskich?!
Na to pytanie odpowiedź miał dać przewodnik miejscowy, pilotujący z urzędu tę szpicę wywiadowczą. Był nim znany od lat Seniuta, dozorca kąpieliska Żelazna Woda, swoisty świrk-wariat, dbający jednak profesyjnie o swój wygląd, opalony aligant, w spodenkach kąpielowych, z fryzurą z mokrej ondulacji. Gaduła o niewyparzonej gębie, kłótliwy mędrek, który jako ostatecznego argumentu używał bojowego okrzyku: – Nie bądź taki mocny!...
I on był dostatecznie mocny, aby bez awantur doprowadzić patrol do ostatecznego celu... do piekarni pani Krzewskiej. Skończyło się wtedy na pierwszej konfiskacie: pozostałe po porannym wypieku zapasy pieczywa zostały w mig pożarte przez wygłodniałych gierojów ze wschodu! To właśnie stało się symboliczną zapowiedzią tego, co nas miało czekać przez następnych pięć lat – głód, konfiskaty, kryminały, deportacje na wschód, zabór mienia i mieszkania...
Już po miesiącu mieszkanie na pięterku rodzinnej willi zajął „emigrant z zachodu”, Izydor Bomse, fryzjerczyk z Bochni o przekonaniach lewicowych, wraz z żoną, wprowadzony tam przez nową władzę – towarzysza Wieriowkę, naczelnika z miejscowego NKWD. Ojca mego, sześćdziesięcioletniego kupca, wraz z matką, wysiedlono na odległość 100 km od miasta. Ja zaś, nietykalny jako tradycyjnie biedny uczytiel (to był mój drugi zawód ochronny), trwałem na parterowym posterunku domowym, wspomagany przez brata-inżyniera, protekcyjnie zatrudnionego za kilkanaście rubli na Politechnice. Wierzyliśmy, że nieproszonego, barbarzyńskiego najeźdźcę wymiecie wiatr historii jeszcze w okresie wojny; chroniliśmy więc siedzibę rodzinną, dopóki na to pozwalały przedwojenne oszczędności.
Przewidywania tym razem nie zawiodły. Sowiecki okupant rzeczywiście nie był jeszcze tak mocny, za jakiego chciał uchodzić, i już 28 czerwca 1941 padła, powtórzona przez uliczne „szczekaczki” radiowe, komenda: Dawaj nazad! (tak też satyrycznie nazywano ulicę odwrotu – Łyczakowską). Jeszcze nie rozwiał się straszliwy fetor 8000 zastrzelonych, zwęglonych ciał więźniów w lwowskich kryminałach, zamordowanych przed ucieczką przez załogę NKWD (zginął wówczas w Brygidkach mój serdeczny kolega gimnazjalny, 30-letni inż. Janusz Czajkowski, również sąsiad z ul. Snopkowskiej), gdy 30 czerwca, w samo południe, zza wzgórz okolicznych zaczęli wkraczać na Żyrzyńską pierwsi umundurowani przedstawiciele hitlerowskich oddziałów. Dzień był gorący, z okna obserwowałem, jak są uzbrojeni nowi najeźdźcy – karabiny automatyczne, pistolety maszynowe? Na szyi każdy miał przewieszone na sznurku... spodenki kąpielowe i pytali o drogę do kąpieliska Żelazna Woda! Ha, co kraj, to obyczaj! Bestia hitlerowska dopiero później miała pokazać swoje krwawe kły w getcie Janowskim.

PUNKT INFORMACYJNY – PIEKARNIA ŻYWICIELKA
Z żywnością pod niemiecką okupacją było coraz gorzej, dlatego jedyna piekarnia miejscowa, korzystająca z urzędowego przydziału mąki, cieszyła się rosnącym, choć nielegalnym powodzeniem. Dzięki życzliwemu „przydziałowi” właścicielki kajzerek, ciemnych grahamów, białych chlebusiów i czarnego komiśniaka nie zaznaliśmy głodu w kolejnych latach 1942–44 okupacyjnej niedoli. Wobec zakazu słuchania zagranicznych audycji radiowych spotkania konspiracyjne przed ladą u pani Krzewskiej stały się zarazem punktem informacji dla okolicznej ludności polskiej. Przenosiła je znakomicie razem z bułkami młodzież i nawet dzieci.
Zaglądał czasem do tego źródełka informacji politycznych zamieszkały przy rondzie na ul. Dwernickiego – profesor UJK Stanisław Łempicki, historyk literatury, oświaty i kultury, dobroduszny „Pampuś”, znawca odrodzenia, znakomity polemista i popularyzator uroków dawnego Lwowa. Opracował wydane później wartościowe broszury Wspomnienia ossolińskie i Złote paski (1957). Towarzyszyła mu żona Jadwiga Gamska-Łempicka, poetka Lwowa bohaterskiego, znana przed wojną z audycji literackich Polskiego Radia. Czekała ich przyszłość tragiczna: prof. Łempicki zmarł w Krakowie w 1947 r. na zawał serca, Gamska zaś w 1956 r. popełniła samobójstwo w Lublinie, po zapisaniu ostatniej, ku niebu wołającej skargi: Odchodzę samotna, nikomu i niczemu niepotrzebna...
Niedaleko, u swej matki przy ul. Zakładników, mieszkał przybyły z Poznania we wrześniu ’39 dr Stanisław Wasylewski z żoną. Do Poznania przeniósł się w 1928 r. z nadzieją na nagrodę literacką tego miasta, którą otrzymał w 1936 r. Do czasu wojny był najwybitniejszym popularyzatorem literackim Lwowa, autorem znakomitej monografii Lwów (Poznań 1931), zbiorów szkiców i opowiadań, w tym Bardzo przyjemne miasto (1933); pośmiertnie wydało Ossolineum jego 40 lat powodzenia (1957). Jako redaktor działu kulturalnego „Gazety Lwowskiej” w latach 1942–44, odwiedzał mnie po sąsiedzku i po drodze do piekarni, przy czym konsultował ze mną drukowane felietony z przeszłości polskiego Lwowa (m.in. cykl Stary, romantyczny Lwów). Mawiał do mnie: – Przed wojną drukowaliśmy prawdę o przeszłości Lwowa na gazetowym papierze, a teraz i zawsze pisać będziemy tę prawdę nawet na klozetowym papierze... Autor świetnego albumu folklorystycznego Śląsk Opolski (1938) – zmarł w tym mieście w 1953 r., przeżywszy 68 lat.
Z najmłodszych – regularnie przychodziła po chleb i informacje 15-letnia Basia Mękarska (1926–90) z ul. Snopkowskiej, zamieszkała tam z matką. Zaraz po wojnie obie panie wyjechały do Londynu, gdzie przebywał ojciec, dr Stefan Mękarski, były poseł ziemi lwowskiej do Sejmu, działacz emigracji londyńskiej. Basia – młoda, wnikliwa obserwatorka życia okupowanego Lwowa – opracowała jedyny, pełny reportaż-pamiętnik okresu wojny 1939–45, pt. Burza nad Lwowem, wydany w Londynie dopiero w 1992 r. Wydała także szereg prac pomniejszych dla młodzieży emigracyjnej oraz – pośmiertnie – swój ostatni, obszerny odczyt Lwów twierdza kultury i niepodległości (Londyn 1991).
Po wojnie, około 1960 r. zgłosił się z dalekiego Londynu przedwojenny lokator nowego, dolnego odcinka ul. Żyrzyńskiej, mgr Adam Treszka, prawnik, narodowiec z Łozińca, adept adwokacki, w latach 1962––84 prezes zorganizowanego na obczyźnie Koła Lwowian (800 członków!) oraz redaktor „Biuletynu” i kwartalnika „Lwów i Kresy”. Człowiek z inicjatywą, o ogromnej pracowitości. Zmarł przedwcześnie w 73. roku życia, osierociwszy sprawnie działające Koło, 8 stowarzyszeń kombatanckich oraz Polski Uniwersytet na Obczyźnie (PUNO), dla których był motorem napędowym. Pomagałem mu w pracy jako jedyny, bezinteresowny korespondent krajowy; do r. 1990 zamieściłem w „Biuletynie” ponad 100 artykułów, sygnowanych T.K., z dziejów i kultury Lwowa. Zaproszony w 1978 r. w imieniu prezydenta Ostrowskiego na uroczystości 60-lecia Obrony Lwowa, zwiedziłem Londyn i ośrodki polonijne w Anglii, służąc doświadczeniami propagandowymi z kraju. [...]

PO WOJNIE
Dla mnie, jako przedwojennego kierownika propagandy polskiego Lwowa*, nie było miejsca w tym mieście pod administracją sowiecką. Trzeba było niezwłocznie emigrować. Jako miejsce tymczasowego osiedlenia wybrałem Kraków, bliźniacze dla Lwowa miasto galicyjsko-małopolskie. Ale choć w rodzinnym Lwowie przeżyłem 35 lat, a w Krakowie aż 44 – wciąż czuję się wiernym mieszkańcem wiecznie Wiernego Miasta. I jak długo obowiązywać będą także i w przyszłej Wspólnej Europie prawa do miejsca urodzenia, tak długo myśleć i mówić będę o mojej uliczce słowami Mariana Hemara:

Tam jest moja ulica,
Uliczka moja, zaułek,
I w księgach hipotecznych
Mój kąt, mój przytułek.
I stamtąd żadna siła,
Żaden pomiot Bieruci,
Żaden bies mnie nie wygna,
Żaden czort nie wyrzuci.

———————–
Tekst otrzymał II nagrodę (patrz CL 3/98)
Notka biograficzna Tadeusza Krzyżewskiego zamieszczona w CL 1/99, s.14