Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Konrad Sura, MOJA ULICA GRÓDECKA

Jak już wcześniej informowaliśmy Czytelników (CL 3/98), ogłoszony przez nas konkurs „Moja ulica, moja wieś” przyniósł 8 prac. Teksty te zamierzamy sukcesywnie publikować, ale potrwa to conajmniej... dwa lata – CL jest wszak kwartalnikiem!
Niniejszy numer jest numerem „inżynierskim”, na pierwszy ogień zamieszczamy więc pracę, która co prawda nie traktuje o technice, ale została przez inżyniera napisana. Nie jest to pierwszy tekst inż. Sury na naszych łamach: w nrze 2/96 drukowaliśmy jego ciekawy artykuł pt. „Kraków nie mógł uwierzyć” (tam też notka biograficzna autora). Także w niniejszym numerze można przeczytać list inż. Sury, który odnosi się do poruszonych w CL S/98 spraw historycznych.

* * *

Ulica Gródecka i kościół św. Anny. Zdjęcie z przełomu XIX i XX w.
Tak się jakoś składa, że w większości wspomnień króluje ulica Łyczakowska, do czego przyczynili się przede wszystkim Witold Szolginia, Adam Hollanek, Jerzy Janicki czy Jerzy Masior. Dawni mieszkańcy tej ulicy i jej okolic łatwiej widocznie władają piórem. Przyznać jednak trzeba, że rejon ten był jednym z ważniejszych we Lwowie, mieścił wiele ważnych instytucji, a ulica Łyczakowska była główną arterią wylotową na wschód, nazywaną przez nas po roku 1941 – ulicą dawaj nazad.
Ja natomiast chciałbym kilka wspomnień poświęcić głównej arterii wylotowej na zachód, ulicy Gródeckiej. Obie wspomniane ulice były bardzo długie. Łyczakowska miała ok. 2,5 km, Gródecka zaś była o wiele dłuższa, bo na głównym przebiegu do wiaduktu nad torami PKP liczyła 3,5 km. Drugie tyle chyba wynosiła jej długość przez Sygniówkę do samego Skniłowa, ale były to już przedmieścia Lwowa. Z ulicą Gródecką jestem związany emocjonalnie, ponieważ w jej rejonie upłynęło moje życie do końca 1945 roku i byłem świadkiem różnych jej metamorfoz – w odróżnieniu od Łyczakowskiej, bardzo stabilnej.
Do roku mniej więcej 1931 – co potwierdza plan Lwowa, wydany przez Książnicę Atlas – ciągnęła się moja ulica od zbiegu z ulicami Kazimierzowską i Janowską do wiaduktu nad torami kolejowymi do Stanisławowa, i dalej przez Sygniówkę. Gdy w roku 1931 przeprowadziliśmy się na Bogdanówkę, dom nasz miał adres nie Gródecka, lecz Bogdanówka 89 (róg Olechowskiego). Gródecką skrócono do ul. Miejskiej (późniejsza nazwa Nowakowskiego), gdzie znajdowała się końcowa pętla tramwajowa. Ulica Bogdanówka biegła do wspomnianego wiaduktu, a dalej utrzymano nazwę ul. Gródeckiej. Potwierdza to również Popularny plan Lwowa Horbaya z 1938 r.
Legitymacja zniżkowa do kina „Roxy”

W roku 1938 przeprowadziliśmy się do tzw. Domków Kolejowych, które miały adres Gródecka 131. Na przełomie lat 1938/39 nasz numer domu został zmieniony na Gródecka 35. Wynikło to z faktu przemianowania odcinka od ul. Kazimierzowskiej do al. Focha (tzw. Kopytkowego) na ul. gen. Karaszewicza-Tokarzewskiego. Posiadam dowód tej zmiany w postaci legitymacji zniżkowej do kina „Świt” z adresem Tokarzewskiego 6a.
Autor, 1944
Przez całą wojnę rodzina moja mieszkała w tym samym miejscu, co dokumentuje wpis w sowieckim paszporcie (dowodzie osobistym) z r. 1940: Gorodoćka 35, a pod okupacją niemiecką: Wienerstrasse 35. Sprawa jest trochę niejasna, gdyż na niemieckim planie Lwowa z r. 1943, zamieszczonym w „Baedekerze” po Generalgouvernement, wydanym w Lipsku, ulica Wienerstrasse oznaczona jest od ul. Kazimierzowskiej do Kopytkowego, a dalej jest ul. Gródecka. Jest to niezgodne z posiadanymi przeze mnie dokumentami meldunkowymi i świadczy o przekorze tej ulicy, zmieniającej często swe nazwy, zostając w świadomości lwowiaków ulicą Gródecką. Wspomnieć jeszcze warto, że za czasów ZSRR ulica ta została wydłużona, bo przebiegała od ul. Legionów (zlikwidowano nazwę ul. Kazimierzowskiej) do Sygniówki, pod nazwą ul. 1 Maja. W państwie ukraińskim układ ten został zachowany i przywrócono całej ulicy nazwę Gródeckiej (Gorodoćka).
Jak już wspomniałem, całe moje życie we Lwowie związane było z tą właśnie ulicą, choć urodziłem się przy ul. Zygmuntowskiej, znanej z ogromnego gmachu Dyrekcji PKP. Ochrzczono mnie w kościele św. Anny, w roku 1928 zacząłem uczęszczać do szkoły powszechnej im. Żółkiewskiego przy ul. Krasickich. Dalszą edukację kontynuowałem też w tym rejonie, bo ukończyłem szkołę powszechną kolejową im. Marszałka J. Piłsudskiego przy al. Focha. Aż do małej matury uczyłem się w IX Gimnazjum im. J. Kochanowskiego przy ul. Chocimskiej. Odchodziła ona od Gródeckiej naprzeciw pl. Bilczewskiego, na którym stał kościół św. Elżbiety – mój kościół parafialny ze wspaniałym proboszczem, ks. Matusem (był on doskonałym kaznodzieją i działaczem narodowym, zmarł w r.1993 w wieku 105 lat). W okresie nauki w gimnazjum co niedziela wraz z całą szkołą uczestniczyliśmy w nabożeństwie, potem w czasie wojny regularnie odwiedzaliśmy ten kościół, spotykając się z kolegami i przyjaciółmi, szczególnie na nabożeństwach majowych. W czasie okupacji dodatkową atrakcją nabożeństw w tym kościele był udział zwartych oddziałów żołnierzy węgierskich. Kwaterowali oni w w szkole im. Konarskiego przy ul. Sapiehy i mieli kilka kroków do kościoła. Trzeba podkreślić ich przyjazny stosunek do Polaków, z którymi handlowali i prywatnie się przyjaźnili.
Z ulicą Gródecką związane były trzy kina, które odwiedzaliśmy, korzystając ze szczodrze rozdawanych kuponów ulgowych. Pierwsze to kino „Świt”, usytuowane w Domu Katolickim pod numerem 2a, w którym w latach 30. mieścił się Teatr Mały. Drugim, tańszym kinem była „Gloria” przy Rogatce Gródeckiej, a właściwie ul. Pokolejowej. Była to ciekawa ulica, bo przekraczała szeroką wiązkę torów stacji Lwów Główny, częściowo w tunelach, aż do ul. Białohorskiej na Lewandówce. Kino „Gloria” nazywaliśmy bratrurą (co po polsku znaczy piekarnik), bo stanowiło długą, wąską i duszną kiszkę, lecz za 20 gr można było obejrzeć dwa filmy, a w pewnych okresach i rewię. Trzecie kino powstało w ostatnich latach przed wojną w nowo wybudowanym gmachu Związku Zawodowego Kolejarzy (ZZK), nosiło nazwę „Roxy”. Było to kino nowoczesne, jasne i wygodne. Budynek stał przy ul. Kętrzyńskiego, ale najlepsze dojście było od ul. Gródeckiej, przez Domki Kolejowe. W budynku ZZK funkcjonowała doskonała biblioteka, a także sala ze stołami ping-pongowymi. Tenis stołowy był w tym czasie bardzo popularny i namiętnie uprawiany przez młodzież. O popularności tej gry świadczy np. fakt, iż w niektórych restauracjach właściciele wydzielali osobne salki na ustawienie stołu ping-pongowego. Do tych sal również chodziliśmy, ale trzeba się było bardzo pilnować, by nie zostać „nakrytym” przez nauczyciela. Wstęp młodzieży do takich lokali był zabroniony i można było, jak mówiliśmy, „wylecieć z budy”.
Między Domkami Kolejowymi, gmachem ZZK i budynkiem Sokoła II mieściły się resztki nagrobków dawnego cmentarza Gródeckiego i wśród zieleni prowadziliśmy różne gry. Na tym terenie w r.1940 bolszewicy ustawili pomnik Stalina, który przetrwał do czerwca 1941. Po zajęciu Lwowa przez wojska niemieckie porozbijaliśmy pomnik kamieniami. Okazało się, że wykonano go z kruchego gipsu i bardzo łatwo się rozpadł ku naszej ogromnej uciesze.
Rejon ulicy Gródeckiej grupował też wiele szkół. Wspomniałem już o szkole powszechnej im. Żółkiewskiego. Na rogu ul. Zygmuntowskiej znajdowało się gimnazjum żydowskie, a dalej, na krótkiej uliczce Zamkniętej, szkoły powszechne im. Kopernika i im. Szaszkiewicza. Przy ul. Szumlańskich było XII Gimnazjum im. St. Szczepanowskiego, przy ul. Chocimskiej – IX Gimnazjum im. Kochanowskiego, przy al. Focha – szkoła powszechna (kolejowa) im. Marszałka Piłsudskiego, przy ul. Leona Sapiehy – szkoła powszechna im. St. Konarskiego. W zimie młodzież okoliczna korzystała z lodowisk urządzanych na boisku Sokoła II przy ul. Kętrzyńskiego oraz na terenie Miejskiej Kolei Elektrycznej przed Rogatką Gródecką. Rogatka ta, o ile pamiętam, była czynna jeszcze w latach 30., gdyż zatrzymywano na niej wieśniaków, przywożących swoje produkty do Lwowa i pobierano od nich opłaty.
Idąc dalej od Rogatki Gródeckiej mijaliśmy po prawej stronie duże Zakłady Spirytusowe Sprechera, a po lewej, na rogu, ul. Cerkiewnej, drewnianą cerkiewkę pw. św. Andrzeja Włodzimierza. W pobliżu znajdował się sklep spożywczy Masłosojuzu, gdzie kupowaliśmy doskonałe wyroby mleczarskie spółdzielczości ukraińskiej. Na terenie cerkiewki spotykaliśmy się z rówieśnikami ukraińskimi w okresie Wielkanocy i uczestniczyliśmy w ich tradycyjnych zabawach, a przede wszystkim w rywalizacji, kto ma twardsze gotowane jajko wielkanocne. Zabawa polegała na uderzaniu jajkiem o jajko; te, które wcześniej pękały, zabierał właściciel jajka twardszego. Próbowaliśmy też tradycyjnego zwyczaju wygrywania melodii na dzwonach w dzwonnicy, stojącej przed cerkiewką. To już była trudna sztuka.
Polskie święta oczywiście obchodziło się również wesoło i miały one swój folklor, do czego przyczyniali się głównie kolędnicy. Grupy młodzieżowe przygotowywały na Boże Narodzenie trzy rodzaje rekwizytów, demonstrowanych w czasie śpiewania kolęd. W drugi dzień Świąt chodzono z szopką. Istniała rywalizacja między szopkarzami, gdyż ludzie chętniej dawali datki grupom z ładniejszymi szopkami. W Nowy Rok kolędnicy chodzili z banią. Była to kolorowa kula ze świeczką wewnątrz i pięknie błyszcząca wieczorem. W dniu Trzech Króli chodzono z gwiazdą, naturalnie ruchomą, obracającą się wokół osi.
Pozostając jeszcze w nastroju świątecznym, pamiętam charakterystyczny fakt współżycia różnych narodowości naszego miasta. Otóż mieszkając przez trzy lata w Zimnej Wodzie, kupowaliśmy pieczywo w najbliższej piekarni, która była akurat własnością żydowską. Wróciliśmy do Lwowa jesienią 1931 r. i w Nowy Rok 1932 rozległo się pukanie do drzwi. Stanął w nich nasz znajomy Żyd, piekarz z Zimnej Wody. Przyjechał sankami, bo był duży śnieg, z bochenkiem chleba i życzeniami noworocznymi. Do dziś, w co trudno uwierzyć, mimo tylu przeżyć przez 66 lat, widzę oczyma wyobraźni wysoką, dobrze zbudowaną postać, w czarnym, długim chałacie i wysokich butach z cholewami, z długą białą brodą, z chlebem w jednej i batem w drugiej ręce. Sądzę, że odwiedzał on również w tym dniu innych stałych klientów, co uważano wówczas za przynoszące szczęście.
Jeśli już wspomniałem o chlebie, to nie mogę zapomnieć smaku i zapachu wspaniałego chleba razowego z piekarni wojskowej „Merkury”. Opisano już wielokrotnie chleb kulikowski, wspaniałe, białe pieczywo z czarnuszką, a ja ciągle wspominam chleb razowy, pieczony dla wojska, zwany popularnie komiśniakiem. Posmarowany masłem przebijał wszelkie delikatesy. Ten wartościowy i pożywny chleb nie był sprzedawany w sklepach, bo stanowił zaopatrzenie wojska. Odsprzedawał go nam tanio sąsiad, pracownik tej piekarni, który dostawał go jako deputat pracowniczy. Dla mojej rodziny z sześciorgiem rodzeństwa była to duża ulga finansowa, a równocześnie przyjemność i zdrowie.
Mówiąc o młodych latach, nie można zapomnieć o sporcie. Obok nas, idąc ulicą Cerkiewną, dochodziło się do znanego boiska piłkarskiego RKS-u, tj. Robotniczego Klubu Sportowego, o którym już pisał nasz sławny trener Kazimierz Górski, gracz tego klubu. Boisko to używane było jeszcze przez dwa inne kluby robotnicze, a mianowicie ZZK – klub kolejarzy, i „Zenit” – klub drukarzy, czy pocztowców. Ponieważ ojciec mój był gospodarzem drużyny ZZK, pożyczał nam jakąś starą piłkę i rozgrywaliśmy mecze na bocznych boiskach treningowych. Piłka stała wówczas wysoko: RKS grał w lidze okręgowej, ZZK – w klasie A. W drużynach piłkarskich grało wielu gimnazjalistów, ale ponieważ było to zakazane, używali innych nazwisk. Kluby starały się pomóc w nauce, np. jeden z kolegów otrzymał za dobrą maturę ubranie. Żadnych innych świadczeń materialnych gracze nie dostawali, bo kluby były biedne, a sport amatorski. Jak bardzo niedofinansowany był sport robotniczy, stwierdzaliśmy na przykładzie swego ojca. Będąc gospodarzem klubu, przygotowywał w przerwie meczu dla każdego gracza pół cytryny i dwie kostki cukru! Na mecze drużyna jechała normalnie tramwajem, niosąc strój sportowy w małych podręcznych walizkach. Jak to porównać z dzisiejszymi apanażami przeciętnych kopaczy piłki?
Ostatnie silne wspomnienie z ulicy Gródeckiej wiąże się z Dworcem Czerniowieckim i wygnaniem ze Lwowa. Z tego dworca towarowego odjeżdżały pociągi repatriacyjne. Tam w połowie roku 1945 żegnałem swego ojca i siostry, gdyż sam zostawałem jeszcze we Lwowie. Prowadziłem w dalszym ciągu działalność konspiracyjną w NIE, następcy Armii Krajowej, oraz w redakcji „Słowa Polskiego”, aż do końca grudnia 1945, kiedy na lewych papierach przedostałem się do tej powojennej Polski.
Wyjazd części mojej rodziny był dramatyczny. Brat już wcześniej został przerzucony przez granicę, ponieważ uciekał przed aresztowaniem przez NKWD. Siostra moja Izabela również zaangażowana była w pracę konspiracyjną, szczególnie w kolportażu „Słowa Polskiego” i zbieranie meldunków z terenu. Przez cały czas trwały aresztowania działaczy podziemia polskiego i nigdy nie było wiadomo, jakimi informacjami dysponuje NKWD. Ponieważ aresztowano kilka koleżanek mojej siostry, ojciec zarejestrował rodzinę na wyjazd i otrzymał termin wyjazdu za dwa tygodnie. Po kilku dniach, gdy siostra wychodziła z domu, natknęła się na oficera NKWD, który zapytał, gdzie mieszka Izabela Sura. Siostra nie straciła zimnej krwi i poinformowała go, że taka pani mieszka na III piętrze, a sama szybko opuściła dom i już do niego nie wróciła. Oficer przyszedł do naszego mieszkania, w którym była młodsza siostra, dowiedział się, że drugiej siostry nie ma i nie wiadomo, kiedy wróci. Zatrzymał się dłużej w mieszkaniu, wypytywał o różne szczegóły, a siostra truchlała na myśl, że Iza może lada moment wrócić. Gdy enkawudziście znudziło się czekanie, zostawił wezwanie do stawienia się ojca z córką w NKWD przy pl. Smolki.
Ojciec po powrocie z pracy udał się do NKWD, ale zapytania o córkę zbywał twierdzeniem, że jest dorosła i nie opowiada się, co robi i gdzie idzie. Rozzłoszczony enkawudzista odebrał ojcu kartę ewakuacyjną, obiecując oddać dopiero po zgłoszeniu się córki. Sytuacja stawała się tragiczna, gdyż za trzy dni upływał termin wyjazdu. Ojciec zawiadomił mnie o dramacie (mieszkałem wówczas osobno z lewymi dokumentami) i zaryzykowaliśmy pokerowe zagranie. W owym czasie zajmowałem się ubocznie, poza redakcją „Słowa Polskiego”, ułatwianiem wyjazdów ze Lwowa ludziom zagrożonym aresztowaniem. Dysponowałem czystymi blankietami kart ewakuacyjnych, miałem zawodowego grawera, który podrabiał potrzebne pieczątki, a sam wyspecjalizowałem się w podpisywaniu rejonowego pełnomocnika (zdaje się Czerneka) oraz rejonowego przedstawiciela – oficera NKWD. Wypełniłem od razu nową kartę z poprzednimi danymi, które na szczęście ojciec zapamiętał, łącznie z numerem wagonu.
Wyznaczonego dnia ojciec załadował bagaże do wagonu, nie wiedząc, czy go stamtąd nie wyciągną. Siostra wartowała na końcu pociągu, obserwując, czy nie dzieje się coś niebezpiecznego, i wskoczyła do wagonu w ostatniej chwili. Ja musiałem się pożegnać z ojcem konspiracyjnie w zakątku dworca. Wszyscy mieliśmy łzy w oczach, machając do siebie z daleka przy odjeździe pociągu. Jechali przecież w niewiadomą przyszłość, bez gwarancji, że na granicy nie będzie kontroli, że NKWD nie powiadomi pograniczników o osobach poszukiwanych. Na szczęście pociąg przyjechał do Medyki w nocy, padał ulewny deszcz i bez żadnej kontroli transport został przepuszczony przez granicę. Rodzina zatrzymała się w Gliwicach. Po miesiącu zjawił się tam nasz sąsiad ze Lwowa i opowiedział, co się działo po ich wyjeździe. Otóż na drugi dzień przyszło kilku enkawudzistów, pukali do drzwi, wreszcie na siłę je otworzyli i siedzieli przez tydzień w mieszkaniu, czekając, aż ktoś się zjawi. Później zaczęli wypytywać sąsiadów, co się stało z rodziną Surów, i bardzo się zdumieli, gdy powiedziano im, że wyjechali do Polski.
Tak więc i w tym przypadku ulica Gródecka okazała się szczęśliwa. Mnie również, jak już wspomniałem, udało się przedostać na polską stronę. Dopiero tutaj dopadł mnie Urząd Bezpieczeństwa. Zwiedziłem wtedy więzienia na Mokotowie i we Wronkach.