Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Zbigniew Harbuz, MOJA ULICA W BRZEŻANACH

Prezentujemy (z nieznacznymi skrótami) szóstą pracę spośród nadesłanych na konkurs w 1998 r. i uhonorowaną III nagrodą.
 
Urodziłem się w Brzeżanach i w tym mieście przeżyłem pierwsze lata dziecinne. Ponieważ nie mieliśmy własnego domu, wynajmowaliśmy skromne pomieszczenia, kolejno przy kilku ulicach. Najdłużej – przy ul. Zielonej, u ciotki. Około 6 lat mieszkałem przy ulicy Gachy, u Chruszcza. Gdy tereny wschodniej Polski zajęli Niemcy, gdy nastał na przednówku głód, to jesienią – przypuszczam, że był to 1943 rok – przenieśliśmy się do pobliskiej wsi Posuchów.
Skąd się wzięła nazwa ulicy Gachy, nie mogę dojść. W jakimś słowniku wyczytałem, że gach to odpowiednik batiara, chuligana. Być może, że pierwszymi osadnikami przy tej ulicy zostali ludzie niespokojni i od nich wywodzi się nazwa. Pod numerem 5 mieszkała rodzina o nazwisku Gachowski – dziś potomkowie tej rodziny są mieszkańcami Oławy. Jednak mam wątpliwości, czy nazwisko to można łączyć z nazwą ulicy.
Od centrum dojść na Gachy dla obcej osoby było kłopotliwe. Od Rynku należało iść w kierunku ul. Lwowskiej, następnie skręcić w lewo, potem w prawo, i znowu za mostkiem na potoku w lewo, wreszcie ul. Zieloną na skos w prawo. Koło krzyża kończyła się Zielona, z prawej strony dochodziła Bernardyńska i Balarda. W lewo pod kątem prostym rozpoczynała się moja ulica. Miała początek koło krzyża, ale trudno powiedzieć, gdzie znajdował się koniec. Właściwie to dojść nią było można do lasu, na skraju którego znajdowały się dwa lub trzy zabudowania. W jednym z nich mieszkała rodzina ciotki z Zielonej, a tym samym jakaś dalsza rodzina moja.
Do prawej strony ulicy przylegały pola albo zabudowania z sadami. Za nimi rozpoczynało się zbocze góry zwanej Storożysko. Od ulicy widać było kamieniste, porośnięte skąpą trawą zbocze. W kilku miejscach podsiąkła woda i tam rosła bujna, zielona trawa. W niektórych miejscach kamieni było dużo i trawa nie miała na czym się utrzymać. Na samej górze znajdowało się pastwisko, a nieco dalej uprawne pola i nieliczne zabudowania rolników, właścicieli tych pól. Od strony lewej również przylegały pola oddzielające Gachy od ul. Rzeźnickiej oraz od przedmieścia zwanego Miasteczkiem. Długość Gachów od krzyża do lasu wynosiła prawie 2 kilometry.
Jezdnia nie była utwardzona. Gdy panowała susza, to po przejechaniu wozu unosił się kurz. Po deszczu tworzyło się błoto, że przejść było trudno. Chodnik był na Zielonej, ale Gachy już go nie miały. [...]
Ulica Zielona miała latarnie gazowe i wieczorem jechał latarnik na rowerze z długą, specjalną metalową rurką, przy pomocy której otwierał jedną z szybek latarni, zapalał gaz, zamykał okienko i podjeżdżał do następnej latarni. Na Gachy gaz nie został doprowadzony, bo nie pamiętam, aby ktoś miał kuchenki gazowe ani też inne urządzenia, świadczące o instalacji gazowej. Na Gachach co pewien odcinek na słupach zamontowane były latarnie elektryczne. Słabe dawały światło, nie takie, jakie spotyka się współcześnie. Nawet przy słupach panował mrok. Oprawki były proste, a przy nich metalowe talerze odblaskowe. Żarówki miały małą moc.
Na zboczu Storożyska znajdowało się ujęcie wodne. W jednym miejscu zbudowano studzienkę, do której rurami spływała woda, odpływała jedną rurą. Niżej, koło krzyża i przy posesji Chruszcza, znajdowały się punkty czerpania wody pitnej. Spływająca woda poprzez wygiętą rurkę zapełniała ocembrowany zbiornik. Nadmiar wody z cembrowiny wypływał rurą na zewnątrz do rowu. Do spożywania wodę pobierano z rury – podstawiało się wiadro i czekało, aż się napełni. Dla bydła, do prania lub mycia czerpano wodę ze zbiornika. Dzieciom zabroniono kręcić się wokół studni z dwóch powodów: można było wpaść do zbiornika, głębokości około dwóch metrów, a także żeby nie zanieczyszczać wody. Kto mieszkał blisko, miał wygodę, niektórzy jednak nosili wodę na odległość ponad 100 metrów. Z jakich studzien korzystali mieszkańcy dalej położonych gospodarstw, nie pamiętam.
Kanalizacji nie było. Mieszkańcy mieli przy domu ustalone miejsca na brudną wodę po myciu lub praniu. Wodę oszczędzano i wylewano jej mniej niż dzisiaj.
Przed wojną, a także i podczas niej, za Rosjan i Niemców, w mieście samochodów było bardzo mało. Nie przypominam sobie, aby na Gachy przyjechał jakiś samochód. Nie miały potrzeby, transport niezbędnych towarów odbywał się przy pomocy furmanek. Samochodem można było przyjechać, gdy nie było błota, od strony centrum ulicą Bernardyńską albo od Miasteczka. Na ulicy Zielonej wystawały z jezdni kamienie, na Barlarda zaś były głębokie koleiny. Na Gachach mieszkało kilku rolników i oni głównie jeździli drogą. Jeździli do swych pól, do lasu i do miasta na targ.
Miejsce zabaw dzieci stanowiła jezdnia. Czasem, gdy jechał wóz, uciekały na bok, a gdy przejechał, to sprytniejsi nań wskakiwali, albo tylko trzymając się drabinek, biegli za nim. Było i tak, że furman zamachnął się batem, czasem dla postrachu, ale czasem porządnie zdzielił nieproszonego pasażera. Na początku Gachów, u zbiegu Zielonej i Bernardyńskiej, był duży plac, porośnięty trawą. Stały tam resztki murów po zniszczonym podczas pierwszej wojny światowej budynku. Plac i ruiny stanowiły miejsce rozmaitych zabaw dziecięcych.
Następnym miejscem zabaw było zbocze Storożyska. Tutaj zabawy miały już inny charakter. Grupa dzieci dzieliła się na połowy i rozpoczynała wojnę. Walczono kamieniami zupełnie poważnie. Na zboczu w trawie leżało pod dostatkiem drobnych kamieni i „amunicji” nie brakowało. Zdarzało się, że ktoś boleśnie odczuł uderzenie, ale większych urazów nie było.
Gdy przeszedł front, na ulicy pokazało się kilka wojskowych motocykli z przyczepkami. Prawdopodobnie przeszukiwali teren, czy nie znajdują się tam ranni. Za panowania Niemców zorganizowana została wielka akcja wywózki kamienia ze Storożyska. Jeśli mnie pamięć nie myli, to przez półtora dnia, latem, bo było ciepło, wiele furmanek jechało naszą ulicą i koło gospodarstwa Gachowskich skręcało w boczną uliczkę do góry, gdzie znajdował się kamieniołom. Było ich tak wiele, że jechały jedna za drugą, po dwie lub trzy. Po jakimś czasie wracały załadowane – jak się mówiło – kredą, tj. wyłupanymi kamieniami. Jedni ludzie mówili, że kamień wiozą do wypalania wapna, inni, że na remont drogi. Dokąd wywożono ten kamień, nie jest mi wiadome.
Domy położone przy Gachach, z małymi wyjątkami, miały sporo lat. Że tak było, świadczyć mogły stare drzewa rosnące w sadach, albo przy budynkach. Mury były zbudowane głównie z kamienia, a tylko nowsze z cegły, pokrycia dachowe z dachówek i czasem z blachy. Budynki gospodarcze stawiano też z kamieni, stodoły zaś i komórki głównie z drewna. Od ulicy właściciele budowali dojścia z płyt, kamieni lub cementu. Byli i tacy, którzy dbali nawet o otoczenie i utwardzali przylegający chodnik. Z zapamiętanych numerów domów wnioskuję, że po prawej były parzyste, po lewej nieparzyste.
A oto próba odtworzenia zabudowy części ulicy Gachy na odcinku od krzyża do ulicy od strony Miasteczka, liczącym w przybliżeniu 700 metrów.
Na początku znajdowało się pole. Pierwsze zabudowanie było zamieszkiwane okresowo. Podwórko zarośnięte trawą, w sadzie kilka zdziczałych drzew owocowych. Przez krótki okres my w nim mieszkaliśmy. Do dziś zapamiętałem stamtąd dwa fakty.
Jednym z nich było odkrycie za szopą na drzewie wisielca. Rankiem ktoś go spostrzegł, narobił hałasu, ale mnie tam nie dopuszczono. Pozwolono mi pójść do sadu, gdy samobójca został już zabrany. Tylko mama, pod wpływem sąsiadek, przyniosła do mieszkania kawałek paska denata, bo miał przynieść szczęście. Ten kawałeczek skórzanego paska przez szereg lat plątał się wśród domowych drobiazgów, pomiędzy nićmi, guzikami, agrafkami.
Dugim faktem zapamiętanym było zaczadzenie. Nocowała u nas kiedyś koleżanka mamy z dziewczynką. Rankiem napalono w piecu, i aby w mieszkaniu się nie oziębiło, zasunięto szuber, czyli zasuwę.  Czad dopalającego się drewna, nie mając ujścia do komina, ulatniał się do izby. Rano kobiety udały się do miasta po zakupy. Po powrocie, otwierając drzwi, mama poczuła czad. Ja spałem na łóżku, córeczka znajomej wyżej, na zapiecku. Ja byłem przytomny, lecz bolała mnie głowa, ale dziewczynka nieprzytomna, nie reagowała. Wkrótce zbiegły się sąsiadki, ale widocznie nie było całkiem źle, bo oboje zostaliśmy odratowani.
Następne dwa budynki przylegały do siebie. Domki małe, przed nimi zajdowały się grządki z kwiatami, do wejścia prowadził chodnik. Za domami rosły drzewka owocowe i rozpościerał się spory ogród. Bliżej rosły warzywa, a dalej ziemniaki, kukurydza i inne uprawy. Na małym podwórku stały komórki na opał i narzędzia ogrodnicze. Mieszkały tam rodziny Chalikowskich i Wielkopolskich. Podczas zimy często tam chodziłem, by pożyczyć sanki.
Kolejny budynek zbudowany został na krótko przed wojną. Był duży, piętrowy i ładny. Mieszkało tam kilka rodzin – Babiarzów, Klecorów i Rusińskich. Przed domem kwiatki.
Dla odmiany następny mały dom stał bokiem do ulicy, stary i niski. Mieszkała tam młoda, około 18-letnia dziewczyna, która sprzedawała w sklepie mleczarskim za Rynkiem, przy Mickiewicza. Była początkującą sprzedawczynią – stała przy bańce z mlekiem i nalewała miarką do podstawianych naczyń.
Za starym budynkiem za ogrodzeniem z siatki stał znowu dom nowy, a jeszcze dalej zabudowania Szkaluków. Wejście do nich było z bocznej uliczki, prowadzącej na Storożysko. W domu tym mieszkało starsze małżeństwo, Licińscy. Byli bardzo religijni. Wincenty Liciński od 1912 r. należał do Bractwa Wydawniczego św. Józefa we Lwowie, a od 1926 r. do Bractwa Szkaplerza Najświętszej Panny Maryi z Góry Karmel, działającego w Brzeżanach.
Za dróżką na Storożysko mieszkała w domku rodzina z dwoma chłopcami w moim wieku. Do mieszkania wchodziło się po kilku kamiennych stopniach, i to właśnie na nich prawdopodobnie miałem się przewrócić i mocno poturbować. Skutki tego upadku pozostały mi do dzisiaj.
Do następnego domu wchodziło się przez podwórko obok mocno zniszczonych komórek. Po lewej stronie sieni miał warsztat szewski starszy mężczyzna, który – jak w tamtych latach – też szył buty, szczególnie z wysokimi cholewami dla bogatszych osób. Za szewcem mieszkali chyba Bursztyńscy, a także m.in. starszy niewidomy mężczyzna. Za budynkiem był ładnie utrzymany sad. Jesienią piękne jabłka na drzewach lśniły w słońcu.
W następnym budynku mieszkała rodzina o nazwisku Ziąber albo Ziomber. Zapamiętałem jedynie starszą panią i młodą. To tam, między ich podwórkiem a częścią ogrodu Chruszcza, znajdowała się opisana wcześniej studnia. Obie te rodziny miały do wody pitnej blisko. Inni, jak Gachowscy, musieli chodzić z daleka.
Rodzina Chruszczów posiadała pole, konie, krowę i świnie oraz dużo drobiu. Grunty orne mieli przy domu i pod Miasteczkiem, niedaleko od cegielni. Odpowiednio do gospodarstwa była stodoła, stajnie i z boku gnojownik. Przed budynkiem mieszkalnym postawiono przed laty figurę Matki Boskiej stojącej na kuli ziemskiej i depczącej węża. Obok rosła kępa bzów.
Za Chruszczem, w starym sadzie, stała stara chata. Nikt tam nie mieszkał, bo drewniane ściany zmurszały, a mury osiadły. Chruszczowie użytkowali przyległe pole i korzystali z sadu.
Po zajęciu Brzeżan przez Rosjan często odbywały się zebrania. Dowiedziałem się, że na jednym z nich Chruszcz został wybrany „zastupnykom hołowy”. Co to była za funkcja, nie wiem.
Dalej ulica lekko skręcała w prawo, podchodziła bliżej podnóża Storożyska. Zabudowania po jednym lub po dwa razem, położone były w znacznej odległości od siebie. Pola od strony góry były bardzo kamieniste, ale widocznie na tyle musiały być żyzne, że opłacało się je uprawiać. Widoczny na horyzoncie las ciągnął się daleko na północny zachód.
Po drugiej stronie ulicy po lewej ręce na początku znajdowała się studnia, a właściwie punkt czerpania wody, taki sam jak koło Chruszcza. Woda sama wypływała stale, przez całą dobę. Zabudowania przy studni należały do ul. Zielonej, a nieco w oddaleniu sąsiadowały ze sobą dwa budynki. W jednym z nich mieszkało małżeństwo w starszym wieku. Gdy panował głód na wiosnę 1942 lub 1943 r., opowiadano, że oboje popuchli i zmarli w krótkim odstępie czasu.
Naprzeciw wylotu uliczki na Storożysko stały zabudowania Gachowskich. Rodzina ta miała gospodarstwo rolne, na podwórzu stały budynki gospodarcze, część murowanych, inne drewniane. Dom stał na skarpie, na podwórze wjeżdżało się lekko z góry. Mieszkanie z wejściem od ulicy zajmowała rodzina Brudnickich.
Głowa rodziny, Michał Brudnicki, pracował w więzieniu jako strażnik i od czasu do czasu przychodził do domu z dwoma lub trzema więźniami, których zatrudniał przy cięciu i rąbaniu drzewa na opał. Do pracy brał więźniów, którzy wkrótce mieli wyjść na wolność, więc nie byli zainteresowani ucieczką. Więźniowie na podwórku pracowali, a strażnik siedział w swoim mieszkaniu. Nikt ich nie pilnował, nie poganiał, pracowali spokojnie, bez pośpiechu. Gospodyni przynosiła jedzenie i przez pół dnia byli jak na wolności.
Rosjanie aresztowali Brudnickiego i zamordowali wraz z innymi. Za okupacji niemieckiej pod zamkiem odkryto groby i wśród zwłok odnaleziono i jego. Wcześniej, gdy odbywał się proces, rodziny i znajomi podeszli pod budynek, gdzie można było zobaczyć, jak prowadzono więźniów do ubikacji. Gdy prowadzili Brudnickiego, żona szlochając zawołała go po imieniu. On spojrzał na dół, a za to prowadzący go żołnierz rosyjski na oczach tłumu wymierzył mu potężny policzek.
Po sąsiedzku z Gachowskimi mieszkali Radziwiłowie. Ich budynek usytuowany był przy samej ulicy. Kolegowałem z dwoma braćmi z tej rodziny. Z tego co zapamiętałem, na całej ulicy, jedynie oni mieli rowery i jeździli po ulicy, gdy było sucho. Także następny dom ustawiony był przy samej ulicy. Mieszkała tam rodzina o nazwisku Hnat. Na temat mężczyzny dochodziły różne głosy krytyczne [...]. Podobno po wojnie znalazł się w Stanach Zjednoczonych i nawet ze swoimi sąsiadami korespondował.
Naprzeciwko Ziąbera mieszkała starsza pani z mężem. Część domu wynajmowała młodemu małżeństwu z dzieckiem. Nosili nazwisko Zajęc.
Nieco dalej, naprzeciw Chruszczów, znajdował się nowy budynek Mazurkiewiczów. Dom z cegły, nie jak inne z kamienia, nie był jeszcze otynkowany, na ganku brakowało poręczy. Wojna nie pozwoliła na wykończenie. Gdy przyszli Rosjanie, zamieszkali w nim Lubelscy, wysiedleni z bloków wojskowych.
Ludmiła w tym okresie była już dorosłą panną, trochę kolegowała z Marią, nazywaną Myszką, Chruszcz. Brat Ludmiły, Janusz, utrzymywał ze mną koleżeńskie stosunki. Miał wtedy łyżwy i doskonale na nich jeździł. Często swą jazdą popisywał się i tłumaczył mi, jak należy poruszać się na łyżwach. Mnie to imponowało, bo nie miałem łyżew, nie umiałem jeździć, nie miałem nawet sanek. Więc Janusz często, jeżdżąc na łyżwach, na ten czas pożyczał mi swoje sanki. Chodziłem wtedy na ulicę Zieloną boczną, bo jej stroma jezdnia pozwalała na zjazdy i miała tę zaletę, że nie było tam żadnego ruchu. Rozpędzonymi sankami dojeżdżało się niekiedy do ulicy Rzeźnickiej.
Za Mazurkiewiczami było już pole i po lewej stronie następnych kilka nowych domów znajdowało się w znacznej odległości. W miejscu gdzie ulica załamywała się lekko w prawo, odchodziła prosto ścieżka ku ulicy łączącej Gachy z Miasteczkiem. Przypuszczam, że ulica ta została wytyczona w okresie międzywojennym, ponieważ budynki przy niej były nowe. W dniu, kiedy miasto zajęli Niemcy, rano Chruszcz zaprowadził swojego konia na pastwisko koło tych domów. Niemcy, mimo protestów i płaczu Chruszcza i jego żony, zabili tego konia, urządzając sobie ćwiczenia strzeleckie do celu.
Pomiędzy ulicą Gachy a wspomnianą ścieżką rosło kilka wysokich jesionów, zaś między nimi stał mały krzyż, pobielony wapnem. Miał wiele lat, lekko przechylony i wśród kwiatów mało widoczny. Podczas wkraczania Niemców, rannych zostało dwóch żołnierzy rosyjskich. Ktoś ich umieścił na wzgórku, pod krzyżem. Gdy ucichły strzały, mieszkańcy powychodzili z domów i oglądali teren. Ranni żołnierze w mundurach leżeli oparci o drzewa, jęczeli, nie mieli sił, aby się poruszać. Obaj słabym głosem narzekali na Stalina i kiepskie wyżywienie frontowe. Nawet jeden pokazywał otwartą puszkę, napełnioną czymś, co przypominało suchą kaszę jęczmienną. Starsi z nimi rozmawiali. Nikt im nie niósł pomocy, nie opatrywał ani podawał pokarmu czy picia. Co się później stało z tymi rannymi, nie wiem.
Większość mieszkańców była bardzo religijna. Świadczą o tym figury. Na początku Gachów w rozwidleniu ulic Bernardyńskiej i Balarda ustawiony był krzyż z postacią Chrystusa. Nieco dalej, przed domem Chruszcza, w ogródku z kwiatami stała figura Matki Boskiej. Około 100 m dalej wspomniany krzyż, ale ten musiał mieć dużo lat, wykonany niezbyt precyzyjnie, nie wygładzony. Po nabożeństwach majowych w kościele Bernardynów grupa kobiet, mężczyzn i dzieci, pod każdą z figur zatrzymywała się, by odmówić modlitwę oraz odśpiewać kilka pieśni. Ja w tym czasie, ażeby dokładniej widzieć, wdrapywałem się na rosnący tu bez.
Byli więc mieszkańcy Gachów pobożni. Wspomniani Licińscy mieli w domu kilka książek o treści religijnej. Maria Brudnicka na Boże Narodzenie i Wielkanoc otrzymywała i wysyłała do rodziny i znajomych religijne kartki. To ona, gdy miałem 13 lat, załatwiła mi skrócony kurs przygotowawczy do pierwszej spowiedzi i komunii, a nawet dawała nocleg i wyżywienie. Przez dwa tygodnie chodziłem do jednego z zakonników, będącego jednocześnie zegarmistrzem, na nauki. Po komunii ojciec bernardyn, Maria Brudnicka i jej siostra Helena Wewiórska, moja matka chrzestna, obdarowali mnie upominkami. Otrzymałem srebrny łańcuszek z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, z datą na odwrocie 24.6.1945 (łańcuszek ten zgubiłem w piasku na plaży w Niechorzu około 1954 r.). Dostałem jeszcze książeczkę Tomasza a Kempis O naśladowaniu Jezusa Chrystusa i surdut od księdza. Wcześniej ubrano mnie w ładny garnitur, choć może nie nowy.
Od wczesnej wiosny, gdy na Storożysku podrastała trawka, o oznaczonej porze od strony Miasteczka kilku pastuchów pędziło przed sobą bydło. Gdy nadchodzili, to z Gachów mieszkańcy wypędzali ze swoich podwórek krowy, niektórzy owce i kozy. Z małego stadka – gdy koło Gachowskich skręcano ku wierzchowi góry – robiło się bardzo duże. Około południa bydło wracało do gospodarzy, po kilku godzinach ponownie je wyganiano, a pod wieczór wracało na noc. [...]
W pierwszych dniach września 1939 roku w rejon Brzeżan dolatywały samoloty niemieckie. Powtarzano sobie relacje tych, co dokładnie widzieli bombardujące samoloty. Pewnego razu na ulicy powstało zmieszanie. Wszyscy udawali się na poszukiwanie bydła. Okazało się, że nisko lecący samolot ostrzelał pasące się bydło, podobno kilka sztuk padło lub zostało zranionych. Ranny został też jeden z pastuchów, a drugi pobiegł do najbliższych zabudowań po ratunek dla rannego oraz zebrał rozproszone stado zwierząt.
Mieszkańcy ulicy żyli ze sobą w zgodzie. Nie pamiętam jakichś kłótni lub sporów. Nie było pospolitego pijaństwa ani chuligaństwa. Nie było wałęsających się bezpańskich psów. Przy budynkach gnieździły się jaskółki i to dodawało uroku naszej ulicy.
Przed wojną latem pojawiał się lodziarz. Ubrany w biały kitel pan w średnim wieku przechodził przez Gachy z wózkiem i wołał lody! lody!
Za Niemców ulica było miejscem śmierci wielu osób. Podczas łapanek w centrum miasta Żydzi uciekali w stronę lasu. Kierowali się poprzez pola i ogrody pomiędzy ulicą Rzeźnicką a Gachami. Część chowała się w zbożach lub sadach. Uciekając, przekraczali ulicę, ale była ona obstawiona. Niemcy z karabinami stali co pewien odcinek i przebiegających ostrzeliwali. Mieszkańcy Gachów podczas obławy chowali się w domach, aby nie zostać postrzelonym. Po akcji dwa lub trzy razy wyszedłem na ulicę, widziałem kilka trupów, przykrytych już starymi workami lub płachtami.
Na Gachach Żydzi nie mieszkali. Kilka rodzin ukraińskich albo mieszanych miało swoje zabudowania między Polakami. Nawet nie pamiętam, by rozmawiano tam po ukraińsku. Panował język polski, bo mieszkali tu prawie sami Polacy.
Jeżeli chodzi o źródło utrzymania mieszkańców, to jak wspomniałem, było tutaj kilku rolników, rzemiosło reprezentował jedynie szewc. Mieszkał podobno tajny policjant, kilku urzędników. Według mojej oceny nie było żadnego bogacza – a tylko lepiej lub gorzej sytuowani materialnie. Kilka rodzin – pamiętam dwie – ledwo wiązały koniec z końcem.
Z Brzeżanami związanych było wiele osób, które wybiły się w dziedzinie kultury i sztuki, wojskowości, polityce, nauce, a nawet jako twórcy ludowi. Nie zabrakło także znakomitych kapłanów i zakonników. Tu się urodzili albo pobierali nauki w gimnazjum lub przebywali z innych względów.
[Autor wymienia dalej kilkunastu mieszkańców swojej ulicy, omawia ich dalsze losy. Informacje te wykorzystamy w Indeksie Mieszkańców Małopolski Wschodniej, do którego opracowania przystępujemy – patrz CL 2/2000].
Powyższe wspomnienia sprzed 55 lat są mi ciągle żywe. Choć zatarły się niektóre szczegóły, mam przekonanie, że tak właśnie wówczas było. Jako dziecko najlepiej zapamiętałem sprawy dziecinne, dziś może mało istotne. O wielu sprawach istotnych nie mówiono w mojej obecności. Jako dziecka nie interesowały mnie i moich rówieśników problemy polityki, pracy zawodowej, a także nie interesowałem się urodzinami i pogrzebami oraz tymi wszystkimi sprawami, jakimi żyli dorośli.

ZBIGNIEW HARBUZ, ur. 1932 w Brzeżanach, od 1946 mieszka w Łobezie na Dolnym Śląsku. Studia geograficzne na Uniwersytecie M. Kopernika w Toruniu i Uniwersytecie Warszawskim. Długoletni pracownik administracji państwowej, od 1994 na emeryturze. Prezes Oddziału PTTK.